Dziś obchodzimy: Międzynarodowy Dzień Romów

Jak zbudowałem własny zespół AI, nie będąc programistą

Jeśli pracujesz w komunikacji, PR albo marketingu, to AI prawdopodobnie już jest w Twojej pracy – tylko najczęściej w prezentacjach, strategiach i hasłach „transformacja cyfrowa”, a nie w realnym odciążaniu Twojej codzienności. Znasz ten schemat: kolejny slajd o „rewolucji sztucznej inteligencji”, a potem wracasz do Excela, Worda i maila, bo kampania sama się nie rozpisze, a tekst sam się nie zredaguje.

Ja też tak miałem.

Nie jestem programistą, jestem człowiekiem od komunikacji. Ale w pewnym momencie przeróbka mojej strony trustedone.pl tak się rozrosła, że postanowiłem potraktować ją jak eksperyment: sprawdzić, czy da się użyć AI nie tylko do „pisania tekstów”, ale do realnego wsparcia pracy komunikacyjno-marketingowej. Tego, co robimy na co dzień: planowania, porządkowania, pilnowania jakości i faktów.

Ten tekst jest fragmentem tej drogi. Opowiadam w nim, jak zbudowałem sobie mały „zespół” złożony z kilku modeli AI – asystentów i agentów – które pomagają mi ogarniać stronę, treści i automaty w tle. Bez czarów i obiecywania, że „AI zrobi wszystko za Ciebie”. Mam jedną prostą zasadę: technologia ma odciążać, a decyzje i odpowiedzialność zostają po stronie człowieka.

Asystenci, agenci i człowiek od komunikacji

Kiedy pierwszy raz odpaliłem „kodującego” AI w edytorze kodu, miałem wrażenie, że wpuściłem na swoje podwórko bardzo zdolnego, ale kompletnie nieogarniającego kontekstu stażystę. Pisze szybko, zna wszystkie biblioteki świata, ale jeśli nie wytłumaczysz mu dokładnie, czego chcesz, potrafi z pełnym przekonaniem zrobić piękną głupotę.

Dzisiaj w tym projekcie „stażystą” nie jest już jedna AI, tylko cały mały zespół: asystenci i agenci, którzy pracują ze mną nad stroną, treściami i automatami w tle. A ja – człowiek od komunikacji, nie programista – musiałem nauczyć się nimi zarządzać tak, jak zarządza się prawdziwym zespołem projektowym.

Jeśli pracujesz w PR lub marketingu, nie musisz mieć własnej strony-laboratorium, żeby z tego skorzystać. Ten układ da się przełożyć na zwykłą, codzienną pracę z kampaniami, treściami i raportami. Albo monitorowaniem trendów w polskim internecie. Szczerze – masz na to czas? Ja nie, więc stworzyliśmy https://trustedone.pl/chmura/ Nie oceniamy, przyglądamy się.

Asystent to nie to samo co agent

Dla porządku: kiedy mówię „asystent”, mam na myśli narzędzie typu „kodujący” model w edytorze – AI ogólnego przeznaczenia, które siedzi ze mną w plikach, czyta strukturę projektu, podpowiada kod, tłumaczy błędy, dopytuje o intencje. Idealny partner do tzw. vibe codingu – pracy, w której nie zaczynasz od szczegółowej specyfikacji, tylko od opisu efektu, jaki chcesz osiągnąć i klimatu, w jakim to ma działać. Ja tłumaczę, jak to ma działać i dla kogo, a asystent proponuje rozwiązania, które razem doprowadzamy do wersji „do użycia”.

Agent to zupełnie inna historia. Agent nie dyskutuje i nie filozofuje. Agent ma jedno zadanie i ma je wykonywać jak automat: o określonej godzinie sprawdzić wydajność strony, raz w tygodniu posprzątać zbędne pliki robocze, codziennie wygenerować raport z tego, co się zmieniło w projekcie. Nie ma „kreatywności”, za to ma powtarzalność i żelazną konsekwencję. I właśnie tego brakowało mi, kiedy projekt zaczął żyć własnym życiem.

Mój zespół AI: lead, builder, krytyk i kontroler faktów

W praktyce skończyło się tak, że na potrzeby strony zbudowałem sobie czterech głównych „współpracowników” AI:

  • „Lead” – planuje zadania, rozpisuje je na mniejsze kroki, opisuje, które pliki trzeba zmienić i jakie kryteria powinna spełniać gotowa funkcja czy moduł.
  • „Builder” – po prostu buduje. Na podstawie planu pisze kod, przygotowuje szablony, integruje elementy ze sobą.
  • „Krytyk” – czyta teksty, patrzy na logikę, wyłapuje nielogiczności, powtórzenia i „korpomowę”, zanim coś trafi do materiałów komunikacyjnych.
  • „Fact-checker” – nie ufa nikomu (w tym innym modelom i… mi). Sprawdza dane, daty, cytaty w dostępnych źródłach i sygnalizuje, gdzie coś się nie spina.

Jeśli pracowałeś kiedyś w większym zespole PR-owym czy marketingowym, układ jest znajomy: strateg, copywriter, redaktor i researcher. Tu dzieje się to samo, tylko część pracy przerzucam na modele. A ja nadal odpowiadam za sens, spójność i za to, żeby nic, co wyjdzie spod „pióra” AI, nie podważało zaufania do marki i projektu.

Kluczowa zasada jest prosta: żaden z tych agentów nie publikuje niczego sam. AI może przygotować kod, projekt strony, szkic tekstu albo analizę, ale ostatni klik – czy to w systemie CMS, czy w narzędziu do wysyłki – należy do mnie. Po jednym spektakularnym incydencie z „nadgorliwymi” podpowiedziami w danych do raportu dodałem do systemu twardy krok: obowiązkowy fact-check i ludzką decyzję przed każdym publicznym użyciem.

Kiedy asystent pomaga, a kiedy przeszkadza

Po kilku tygodniach intensywnej pracy widzę prostą prawidłowość. Asystent świetnie sprawdza się tam, gdzie trzeba coś zrozumieć, zaprojektować albo wytłumaczyć.
Na przykład:

  • rozkładamy razem na czynniki pierwsze komunikaty błędów,
  • planujemy strukturę nowego modułu (sekcje, kolejność, logikę),
  • piszemy po ludzku dokumentację tego, co już działa – tak, żeby zrozumiała ją osoba spoza IT.

Agent błyszczy tam, gdzie zadanie jest nudne, powtarzalne i łatwe do opisania jednym zdaniem: „zmierz”, „posprzątaj”, „zapisz raport”, „odpal testy i daj znać, jeśli coś się wywali”. Dla kogoś z PR czy marketingu to jak różnica między burzą mózgów nad nową kampanią a wysyłką newslettera na kilkanaście segmentów – jedno wymaga Twojej obecności, drugie da się dobrze zautomatyzować, jeśli raz porządnie opiszemy reguły.

Oczywiście to nie jest darmowa magia. Samo poukładanie tych ról, napisanie prostych „instrukcji stanowiskowych” dla asystentów i agentów, z listą zadań i kryteriami jakości, zajęło mi kilkanaście godzin. Ale po kilku tygodniach widać efekt: część rzeczy dzieje się w tle, a ja mogę skupić się na tym, na czym znam się najlepiej – strategii, treści, rozmowach z ludźmi. Mniej grzebania w szczegółach technicznych, więcej realnej pracy koncepcyjnej.

Co z tego ma ktoś z PR, kto „nie jest techniczny”?

Jeśli jesteś po stronie komunikacji, to możesz mieć dwa naturalne odruchy. Pierwszy: „to wszystko jest za bardzo IT, ja nie mam na to czasu”. Drugi: „jak tego nie ogarnę, to zostanę w tyle”. Prawda – przynajmniej z mojego doświadczenia – leży gdzieś pośrodku.

Nie trzeba być programistą, żeby zacząć mądrze korzystać z takich asystentów i agentów. Trzeba za to bardzo dobrze znać własne procesy:

  • wiedzieć, które zadania są powtarzalne i męczące,
  • które wymagają Twojej głowy i doświadczenia,
  • które spokojnie może przejąć „agent”, który nie narzeka, że jest 6:00 rano i znowu trzeba sprawdzić metryki albo zrobić porządek w materiałach.

W moim przypadku ten projekt stał się poligonem, na którym testuję, jak daleko można pójść z automatyzacją, nie tracąc kontroli nad przekazem i odpowiedzialnością za treść. I to jest wniosek, który – mam nadzieję – może być przydatny także dla innych osób z komunikacji i marketingu: AI nie musi być ani „magiczną czarną skrzynką”, ani modnym gadżetem do slajdów. Może być po prostu dobrze ustawionym zapleczem. A jak to wygląda w praktyce? Zapraszam na https://trustedone.pl/aktualnosci

Co dalej?

Seria tekstów, którą piszę, to trochę dziennik z tej podróży, a trochę zaproszenie dla innych „humanistów z techniczną ciekawością”, którzy chcą wykorzystać AI inaczej niż tylko do generowania kolejnego posta. W kolejnych wpisach będę pokazywał konkretne moduły, automaty i błędy, które popełniłem po drodze – na tyle szczegółowo, żeby dało się z tego wyciągnąć inspiracje dla własnych projektów, ale bez zdradzania całej kuchni.

W tle pracuje mały zespół asystentów i agentów, a na pierwszym planie – wciąż człowiek od komunikacji, który pilnuje, żeby technologia była narzędziem, a nie celem samym w sobie. Jeśli to podejście jest Ci bliskie, zostań przy tej serii – kolejne części będą już bardziej konkretne i „warsztatowe”.

Udostępnij: